poniedziałek, 16 maja 2011

Bieg o niepodległość, czyli dlaczego zawsze warto

Każdy powinien pamiętać o tym, że drzwi nie zawsze zamykają się bez powodu. Jednocześnie w momencie, kiedy zamykają się jedne otwierają się drugie. Mamy wtedy szansę na nowe otwarcie.

Na moje nowe otwarcie bardzo duży wpływ miało bieganie. To poniekąd nie ja sama, ale ciężki okres w życiu zadecydował o rozpoczęciu treningów. Ale skłamałabym, gdybym w tym momencie napisała, że tylko i wyłącznie to było przyczyną. Mam takiego kolegę, ze starych czasów, o których się mówi „czasy młodości”, który wypisał mi taką receptę. Jednocześnie zaświadczył swoim życiem o pozytywnym wpływie tychże. I tak to się wszystko zaczęło. Biegałam rano, przed pracą, biegałam też wieczorami. Nie były to też treningi długodystansowe. Były natomiast systematyczne. Nie przerażało mnie, że zaczęłam biegać, choć nigdy nie przepadałam za tym sportem. Bieg pozwalał na dostrzeganie radości, biegając czułam się szczęśliwa. A szczęście było okraszone jedynie prysznicem!

Nigdy nie sądziłam, że wyjdę poza dystans czasowy 15 minut. Zainwestowałam w dobre buty. Niosły mnie jak szalone. W miarę upływu czasu, moje biegi były dłuższe i nie był już problemem dystans pięciu czy siedmiu kilometrów. Wcześniej nie pomyślałam, że te drzwi mogą być dla mnie otwarte. Postawiłam sobie cel: bieg publiczny w szerszym gronie (zwykle biegałam sama, sama decydowałam o tempie i trasie). Pomyślałam, że dobrym początkiem będzie bieg o niepodległość. Bo nikt nie powinien z niej rezygnować, nigdy i pod żadnym pozorem!

Bieg ukończyłam. Do mety dotarłam bez zadyszki. Czas biegu był wprost rewelacyjny.  Dowiodłam sama sobie, że właściwie stawiane kroki prowadzą do postawionego celu, a nieosiągalne kiedyś dziesięć kilometrów stało się faktem.

Nie trzeba się spieszyć, każdy ma swoje tempo. Zarówno w życiu, jak i w biegu, umiejętne stawianie celów i właściwe do nich dążenie to bieg o prawdziwą niepodległość.

wtorek, 22 marca 2011

Tuzin, czyli dlaczego potrzebuję tabletek na patriotyzm...


Jestem zmęczona!

Jak niejeden górnik, rolnik, pielęgniarka, polityk czy żołnierz...

Zarządzanie przez zmianę potrafi wykończyć niczym praca w ciężkich warunkach, wszak rozumiana trochę inaczej. Za pracę w ciężkich warunkach należy się rekompensata finansowa. Za służbę ku chwale ojczyzny (rozumianą dosłownie) wcześniejsza emerytura. Można z niej korzystać (jeszcze obecnie) po 15 takich ciężko przepracownych latach. Ja, ku chwale ojczyzny (bez żadnego przekąsu) przepracowałam już cały tuzin i nawet widać już jego koniec. Tak sobie myślę, że były to bardzo długie lata. Długich 12 lat! Dwanaście lat! Chyba czas na emeryturę...

Muszę powiedzieć, że głównym motywem przewodnim w miejscu mojej pracy (i śmiem sądzić, miejsc temu podobnych) zawsze było zarządzanie przez zmianę. Zmianę nazw samej instytutcji, ciągłe zmiany wewnątrzinstytucjonalne, nie wspominając już o zmianach na stanowiskach kierowniczych. Co mogliby powiedzieć o tym specjaliści? Czy takie zarządzanie ma jakieś odzwierciedlenie w pracy, atmosferze pracy, efektywności pracy. Nie jestem pewna! Jako niewykształcona w tym kierunku... dlatego nie jestem, do końca, pewna. Wrodzona intuicja mówi mi coś o "ciężkich warunkach pracy".

Od samego początku mojej pracy zawodowej słyszałam z ust przełożonych, że należy się cieszyć z tej pracy którą mamy, bo zawsze może być gorzej, czyli na przykład mogłabym pracować w przysłowiowym warzywniaku... A czy jest coś w tym złego?? Jeśli lubi się to, co się robi?? Jeśli traktuje się swoją pracę jako coś wspaniałego i z ochotą wstaje się rano, aby dać innym radość i sprzedać to co się ma najlepszego, w tym WARZYWNIAKU! Jeśli wszyscy jesteśmy równi, tylko pełnimy różne role w życiu, o których sami przecież decydujemy. To czy jest w tym coś niestosownego... Czy jest coś złego w tym, że chce nam się przychodzić do pracy i to w dodatku z uśmiechem na ustach?? To było tuzin lat temu, kiedy byłam na najniższym szczeblu.

Teraz jest tuzin lat później. Zajmuję, mniej więcej, środkowy (ze wskazaniem na niższy) szczebel drabiny. Ze zdziwieniem obserwuję, że podejście się nie zmienia. Ze zdziwieniem obserwuję też, że minęło tyle lat, a mnie to wciąż dziwi! Na przekór wszystkiemu i wszystkim. Może dlatego, że zarówno podejście zarządzających, jak i moje nie uległo zmianie. Zawsze starałam się podchodzić do ludzi i do wykonywanej pracy z szacunkiem, w przedstawionej właśnie kolejności, nie odwrotnie! Moje wrażenie o nastawieniu zarządzających do powyżej wymienionych, jest wprost przeciwne. Tak kiedyś, jak i obecnie, moje wrażenie pozostaje takie samo. Zmieniło się może to, że przestałam się na to zgadzać i nie widzę powodu, dla którego ma być inaczej. Tak samo ja, jak i mną zarządzający pracują dla dobra publicznego, to jest partnerstwo, nie zaś służalczość!

Za dobrą pracę należy dobrze wynagradzać. O dobrego pracownika należy dbać. Należy go motywować, starać się wykorzystać optymalnie jego potencjał. W końcu, albo może i na początku, należy szanować pracownika i jego pracę. Niejednokrotnie ciężką! Nie zaś na wejściu, w trakcie i na wyjściu, przypominać: nikt nie jest niezastąpiony, na to miejsce znajdzie się setki innych... Czy ktoś chcący wykonywać pracę na rzecz Państwa ma być traktowany jak nieudacznik? Czy na rzecz dobra publicznego nie pracują normalni, wykształceni i wreszcie patrioci?! Takie stawianie sprawy, na dłuższą metę, jest męczące i demotywujące. Równie męczące jak nieobecność polityki kadrowej, oceny okresowe, z których nic nie wynika, zastraszanie zamrożeniami pensji, cięciami personalnymi etc... I możecie wierzyć lub nie, to tak sobie trwa...

Praca w ciężkich warunkach, a ja jestem już ZMĘCZONA!

Czy tak naprawdę wygląda Rzeczpospolita Polska, czy to jest tylko zły sen o niej?
Jeśli sen, to ja chcę się już z niego przebudzić! Bo jestem nim już zmęczona!

Wierzcie lub nie...
Niejedna osoba potrzebuje moich magicznych tabletek patriotycznych...  


piątek, 18 marca 2011

Obfitość, czyli zrób sobie cud sam!


Przywykliśmy myśleć, że nic nie zależy od nas.
Po części nie jest to naszą winą. Tak jesteśmy wychowywani w domu, w szkole, w społeczeństwie. Tak też wolimy myśleć. Z drugiej strony świat nie potrzebuje ludzi uświadomionych, nie dałby rady zarządzać sobą mądrzej.
My, z drugiej strony, też nie chcemy spojrzeć sobie w twarz i zauważyć, że sami jesteśmy stwórcami własnego życia, idziemy w stronę usprawiedliwień, że przecież, że ostatecznie…że raczej… że nie zależymy sami od siebie…
Owszem, do pewnego stopnia racja…
Choroby, przejścia w inny wymiar…
Owszem…
Choć i choroby nie do końca! Przecież często wiążą się z nakładaniem na siebie zbyt dużego ciężaru, wywołanego przez pośpiech, stres i brak szacunku dla własnych potrzeb. 

Optymistycznie, w życiu każdego człowieka może przyjść taki moment oświecenia lub przebłysku. Taka nagła potrzeba odmiany, dobroci i szacunku dla każdej jednostki. Taka chwila, w której nagle zdajemy sobie sprawę, że chcemy je mieć: szacunek, zrozumienie i poczucie obfitości. Poczucie obfitości, taką wewnętrzną spójność (dla mnie powiązaną trochę z intuicją), która wskazuje nam drogę.

Działanie obfitością związane jest z pozytywnym nastawieniem i głębokim przekonaniem wewnętrznym, że zaplanowane i wykonywane czynności w pełni się powiodą, wypełnią. Zielone światło dla zdarzeń przemyślanych, których zaistnienia chcemy. Spójność pojawiających się ciągów myślowych w naszych szarych komórkach. Jeśli popracujemy nad nowszym i bardziej dla nas odpowiednim oprogramowaniem zaczniemy zauważać, że procesy pożądane mają miejsce. A świat wokół nas zaczyna wyglądać właśnie tak, jak to sobie wymyśliliśmy. Wszystko, w co wierzymy zaczyna się materializować. Zaczynamy odczuwać wszechogarniające nas poczucie obfitości. Trzeba tylko uwierzyć w cuda!





czwartek, 10 marca 2011

Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, czyli nietrywialne treści fizyczne...

Czy każdy z nas mógłby być Albertem od Nagrody Nobla?
Czy jak powiedział ten nietrywialny fizyk, wyobraźnia naprawę jest ważniejsza od wiedzy?

Spróbujmy sobie wyobrazić, czy zastąpienie części wiedzy większą dozą wyobraźni ulepszyłoby cywilizację. Początek to wychowanie, przedszkole, gdzie ważna jest wyobraźnia wychowawców, wtedy kształtują się podwaliny urządzenia zwanego człowiekiem. Dzieci z większą wyobraźnią potrafią lepiej sobie radzić nie tylko z zabawkami, ale również w kontaktach międzyludzkich.

Szkoła podstawowa. Znane są przypadki, gdzie jedyną osobą, która wie, co to jest wyobraźnia jest Ania z Zielonego Wzgórza, i jeśli ktoś dobrze się wsłucha w jej przesłanie, wyciągnie dla siebie lekcję podstawową na całe życie. W szkole podstawowej powinniśmy dowiedzieć się, co tak naprawdę będziemy w życiu robić z pasją, co nas przyciąga, a do czego nie jesteśmy stworzeni. I powinniśmy zostać skierowani we właściwą stronę, przez mądrzejszych od nas, doświadczonych ludzi z wyobraźnią. A tymczasem ludzie bez wyobraźni wpajają nam konieczność podążania wieloma drogami naraz. Więcej szkód niż pożytku.

Kiedy już się wejdzie na owe ścieżki w szkole podstawowej, trudno jest, choć udaje się ta sztuka, odnaleźć swój talent, pasję, drogę, na późniejszych etapach życia. Gimnazja, licea, technika…Gdzieś pomiędzy tym szkoły zasadnicze, które kształcą rzemieślników. Przecież rzemieślnicy to osoby z pasją, które niejednokrotnie wyobraźnię przekuwają w piękno. Problem polega jednak na tym, że nie zawsze stać nas na taką wyobraźnię.  Nikt nie zadaje sobie wiele trudu, aby wyłuskiwać talenty drzemiące w ludziach. Wszyscy mamy za mało wyobraźni.

Potem się to ciągnie na dalszych etapach edukacji, gdzie uczymy się jak wykonywać swoje zawody bez pasji. Bo nie mamy na tyle wyobraźni żeby odkryć, w których butach czujemy się najlepiej. Nie pomagali nam w tym ludzie, bo byli bez wyobraźni. Ważne są stopnie, zaświadczenia, papiery. Nikt nie słucha co naprawdę ma do powiedzenia człowiek. Co też ciekawego ma on do powiedzenia?! Bardziej liczą się określone ramy. Na wyobraźnię miejsca mało!

I tak dożywamy swego życia bez wyobraźni.
Przecież gdybyśmy ją posiedli, moglibyśmy sobie wyobrazić jak wspaniale jest czuć się człowiekiem. Jak to jest, gdy jest więcej wrażliwości, szacunku, miłości, uczciwości.
Potrafilibyśmy sobie wyobrażać jak to jest żyć bez nich.
I nie zgodzilibyśmy się na takie życie!

Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona.
Phantasie ist wichtiger als Wissen, denn Wissen ist begrenzt.
(niem.)  A. Einstein



środa, 9 marca 2011

Budżet kraju to to samo co budżet gospodarstwa domowego, tylko trochę bardziej...


Każdy myślący człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że budżet gospodarstwa domowego musi być.
Dobrze żeby budżet był, a już na pewno najlepiej żeby był duży!  Co jednak zrobić jeśli nie jest!?
Na pewno nie jest on elastyczny i nie da się go rozciągnąć, a już na pewno nie da się tego zrobić, jeśli nie pomyślimy nad sposobem dodatkowego zasilenia tegoż.

A więc logiczne: myślimy! Myślimy, co też moglibyśmy zrobić?  Na początek powinniśmy się zastanowić nad jego obecną konstrukcją. Czy wydajemy na rzeczy: podstawowe, niezbędne i czy aby nie za dużo na przyjemności?  Powinniśmy pomyśleć, czy nasze zasoby nie przechodzą nam przez palce i dokonać zapisów, żeby ustalić pozycje naszych wydatków i oczywiście wpływów, które mają te wydatki zrównoważyć.

Nie muszę mówić:  każdy, dobry gospodarz wie, że ważne jest to, aby nasze plany miały odzwierciedlenie w rzeczywistości! Jeśli tego odzwierciedlenia nie ma, to wiadomo: nie będzie wizyty w kawiarni, a kawę wypije ktoś bardziej przewidujący! Owszem, jak mawiał jeden z moich wykładowców „papier wszystko przyjmie”. O tym też musimy pamiętać! Powinniśmy starać się, aby to, co zapisane na wspomnianym papierze wcielać w życie.

Myślę, że na tym polega każdy budżet. Domowy, firmowy, prywatny, publiczny. Różnica polega na tym, że jeden ma mniej, a drugi więcej pozycji.  Jeden jest mniejszy, a drugi większy. Prywatnym zarządza zwykle mniej osób niż publicznym. I odpowiednio z domowym oraz firmowym.  Można by tak rozmnażać bez końca i opamiętania.

Wszystko trzeba przemyśleć! Gdzie można oszczędzić?  Z czego można zrezygnować?
Co jest niepotrzebne? Na czym nam najbardziej zależy? Jakie mamy priorytety? Co z potrzebami? Czy stać nas na  przyjemności? I ile ewentualnych przyjemności zniesie nasz mało elastyczny, przecież! budżet? Czy wystąpią jakieś nowe wydatki, które warto zaplanować?  Co z pojawiającymi się na horyzoncie nowymi priorytetami? Czy stać nas na godne życie bez nowych zasobów?   Czy żyć na kredyt? Wszystko to trzeba spokojnie i z głową prze…my…śleć!!!

Nie sądzę, aby szanującemu się właścicielowi gospodarstwa domowego przyszła do głowy myśl pewna: „pozbędę się niektórych członków rodziny i zobaczymy jak to wyjdzie”!  Czy z tego faktu przybędzie dochodów, czy coś dzięki temu zaoszczędzi gospodarz ów? Kto będzie wypełniał obowiązki wyrzuconych członków rodziny? Czy gospodarz choć trochę przemyślał na co przeznaczy zaoszczędzone środki? Jaki w ogóle jest cel pozbycia się części rodziny?

Sensowne wykonanie budżetu zależy wprost proporcjonalnie od sensownego przygotowania budżetu.  Czy warto myśleć z sensem? A może nie warto? Jedno co warto, to przypodobać się warto!

Tak, zawsze warto zrobić to trochę bardziej…



wtorek, 8 marca 2011

Spiritus Movens, czyli przestań zrzędzić

Spiritus Movens...

Człowiek uduchowiony pomyśli o duszy, motocyklista będzie się upierał co do motoru.
Dla mnie nie liczy się samo znaczenie "spirytusu".
Czy on mnie gdzieś zaprowadzi? Nie wiem!
Czy dzięki niemu "upoję się" życiem w Polsce? Też nie wiem!
Czego w tej chwili jestem pewna?
Tego, że liczy się droga!